3600 kilometrów po marzenia – podróż autem Białystok-Porto

Decyzja podjęta. Przeprowadzamy się do Portugalii. Nie myślałam wcześniej jak to będzie wyglądać. Nie chciałam planować rzeczy nierealnych. A jednak stało się i jedziemy. Czas przygotować auto, spakować się, zaplanować trasę i w drogę. Jest połowa lipca. Mamy miesiąc – 12. sierpnia powinniśmy być w Porto.

Auto. Po długich zastanowieniach zdecydowaliśmy się jechać samochodem. Po 1. nasze auto już raz przebyło tę trasę i poszło gładko. Po 2. samochodem to zawsze większa przygoda, a swoboda jaką daje własny środek transportu kusiła. Po 3. postanowiliśmy, że chcemy zostać w Portugalii minimum rok (z nadzieją na dłużej). Na taki okres czasu ciężko spakować się w jedną walizkę. Nie mieliśmy żadnego mieszkania, ani nawet pomysłu, jak będzie nasze życie wyglądać. Auto trzeba było dokładnie przygotować. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Parę drobnych części do wymiany, kontrola u mechanika i pakujemy. To najgorszy moment. Nie wiedząc na ile jedziemy, trzeba wziąć rzeczy na każda okazję. Napakowani po brzegi ruszyliśmy.

Trasa. Skoro już jedziemy samochodem to chociaż zwiedzimy trochę, więc zdecydowaliśmy się wyjechać 5 dni wcześniej (8. sierpnia) i na spokojnie przemierzyć całą Europę. Zaplanowaliśmy 4 noclegi: w Polsce (Wrocław), w Niemczech (Heidelberg), gdziekolwiek we Francji i w Hiszpanii.

Przejechaliśmy Polskę. Dojechaliśmy do Wrocławia – wielkie podziękowania Bogomeli za bardzo miły nocleg w kamienicy na wrocławskiej wyspie, a Eli za rodzinne śniadanie w ogródku. Długie rozmowy lekko opóźniły nasz wyjazd z Polski, więc już drugiego dnia musieliśmy delikatnie zmodyfikować trasę. Omijając jeden przystanek (Norymbergia) przejechaliśmy Niemcy. W Heidelbergu czekał na nas kolejny przyjemny nocleg u Andrzeja – znajomego kucharza, z którym pracowaliśmy kilka lat temu na kempingu w niemieckiej wiosce. W kolejnym dniu utrzymaliśmy kilkugodzinne opóźnienie, bo nie dało się odmówić (i dobrze, bo dużo byśmy stracili) szybkiej wycieczki po Heidelbergu – naprawdę pięknym mieście.

 

Dotarliśmy do Francji. Zdecydowaliśmy się omijać autostrady ze względu na cenę (nie wyszło nam to na dobre ;)). Nie chcąc też powtarzać błędów sprzed 2 lat (2 francuskie mandaty po 50 euro przyjechały za nami do Polski za przekroczenie prędkości o 3 i 5 km/h) ograniczyliśmy tempo. Już po ok. 100 km od granicy zgubiliśmy się przez objazd, który prowadził małymi górskimi drogami. Mijaliśmy francuskie wioski, pola, a opóźnienie rosło. Zaczęło się ściemniać, więc głodni zjechaliśmy na parking, gdzie stała budka z jedzeniem. Nigdzie nie ruszamy się bez kuchenki gazowej i kawiarki, a nawet deszcz nam nie przeszkodził, żeby zrobić sobie pyszną kawę. Czy macie coś do jarania… zielonego? Tak brzmiało jedyne polskie zdanie, jakie usłyszeliśmy we Francji. Nie mieliśmy. Zawiedzeni panowie sobie poszli. Około 2 w nocy zmęczeni drogą, zgubienie i już bez pomysłu, gdzie możemy przenocować zatrzymaliśmy się na pierwszym parkingu, zasnęliśmy w samochodzie. Z samego rana dojechaliśmy do Lourdes (ale to już opowieść na inną notkę), a potem przez Pireneje i tunelem Somport (długość ponad 8600 m) przekroczyliśmy granicę.

Dojechaliśmy do Hiszpanii. Jak wielka różnica w krajobrazie. Soczysto zielone Pireneje zastąpiły surowe, pustynne góry i okropny upał. Widoki były cudowne. Nawet piękniejsze niż Pireneje. Piaszczyste, dzikie góry, ogromne wiadukty, na których przeraźliwie bujało samochodem. Byłam zachwycona i naprawdę nie spodziewałam się, że ta okolica tak mnie poruszy. Droga była pod górkę i z górki aż do Pampeluny, niedaleko której znaleźliśmy prawdziwie baskijski kemping. Rozstawiliśmy namiot wśród monumentalnych gór i zjedliśmy lokalne przysmaki – tortille oczywiście – ze smakiem. Baskijki klimat, coś zupełnie nowego, ale mega ciekawego dla mnie. Muszę tu wrócić. Następnego, już ostatniego dnia naszej podróży, droga się niesamowicie dłużyła. Ja prawie cały czas spałam, aż dziwne, że Paweł nie usnął za kierownicą. Pustynia. Szczególnie w okolicy Valladolid. Serio, było tak bardzo pusto. Tak właśnie przejechaliśmy Hiszpanię.

 

Portugalska granica. Już znak Galicja sprawił nam radość – jesteśmy blisko. Niewiele kilometrów dzieli granicę od Porto, ale jadąc górskimi ścieżka zajmuje to ok. 2 h dłużej niż autostradą. Wystarczy tylko wdrapać się na szczyt wzniesienia i  za niecałe 10 euro jedzie się podziwiając piękne krajobrazy. Paweł trochę się denerwował, gdy telepało samochodem zjeżdżając z górki. Mimo to bezpiecznie, ale z lekkim dreszczykiem i pełni niewiadomych dotarliśmy do Maia.

P.S. Zdjęcia są głównie robione przez okno samochodu w trakcie jazdy. A i wciskając 2 stronę znajdziecie więcej zdjęć ;)

,
One comment on “3600 kilometrów po marzenia – podróż autem Białystok-Porto

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *