Porto świętuje – FC Porto znowu na szczycie

Zeszłej soboty, 5 maja, gdy siedziałam wieczorem w mieszkaniu zaintrygowały mnie głośne dźwięki zza okna. Wokół głównego placu w Maia jeżdżą trąbiące samochody, a ludzie krzyczą. To znaczy tylko jedno, Portugalczycy coś świętują. Nie bardzo wiedziałam, co jest przyczyną tej radości, więc od razu sprawdziłam najnowsze wiadomości.

No i wydało się, jedna z najważniejszych rzeczy w Portugalii – piłka nożna. Już w sobotę po remisie Sportingu z Benficą było wiadomo, że to FC Porto zdobyło mistrzostwo kraju po raz 28. W niedzielę w nocy wokół Estádio do Dragão (stadionu FC Porto) stały setki samochodów, bo wszyscy portistas (tak nazywa się kibiców FC Porto) celebrowały zwycięstwo swojego klubu.

W poniedziałek miasto już było w barwach biało-niebieskich. Tak mieszkańcy cieszą się z sukcesu ich piłkarzy.

 

Przeżyłam pierwszą, całą zimę w Portugalii

Przeżyłam, a nie był łatwo. I ostrzegam szczerze. Zima w Portugalii wcale nie jest przyjemna, ani ciepła. Jest po prostu zimno. Oczywiście wszystko zależy od regionu. Ja mieszkam koło Porto, a północna Portugalia to chyba najgorsze miejsce na zimę.

O zimie piszę dopiero teraz, bo wygląda na to, że już sobie poszła. Nareszcie!

Pogoda

Jak to jest z pogodą zimą w Portugalii? Różnie. W tym roku zima była wyjątkowo długa i deszczowa. Nie zawsze tak jest. Kilka miesięcy deszczu praktycznie non stop. I wiatr, który łamie parasolki jedna za drugą. Nawet już nie warto ich wyjmować.

Mniej więcej od grudnia temperatura w dzień wahała się między 5 – 15 stopni, a w nocy 0-8. Śnieg nie padał (rejony górzyste zimą są lekko ośnieżone), czasami o poranku trawy były oszronione, czasem padał grad, ale głównie to niekończący się deszcz. Były też dni słoneczne, które na chwilę pozwalały zapomnieć, że jest zima. Ale tylko kilka.

Zimowa, deszczowa depresja nie byłaby taka zła, gdyby można było schować się pod kocykiem w mieszkaniu i obejrzeć dobry film, ale…

 

Zima w domu

W Portugalii większość mieszkań nie ma ogrzewania. Kaloryfery to naprawdę rzadkość. Czasami w domach są kominki. No i okna. Czy wy wiecie, jak bardzo wieje w mieszkaniu przy pojedynczych szybach? Ja wiem. I zazdroszczę wszystkim, co mają vidros duplos (podwójne).

W moim mieszkaniu przy niskich temperaturach było 13 stopni! Tak się nie da żyć. Wyciągasz wszystkie swetry, koce, szaliki, czapki i nic nie pomaga. Można już tyko wyjść na spacer, bo na zewnątrz jest cieplej i lepiej pochodzić wokół bloku niż marznąć w środku. Naprawdę, codzienny spacer to ratunek.

Kiedy w pomieszczeniach robi się 16 stopni można spokojnie wyjść spod kołdry, a 18 to już super. Nigdy bym nie pomyślała, że ja – zmarzlak – będę marzyć, żeby w domu było 18 stopni.

Czy naprawdę nie da się nagrzać w mieszkaniu? Ależ da się. Każdy ratuje się jak może. Kupuje farelkę, piecyk elektryczny, czy inne urządzenia, których używanie burzą lekko legendy o olbrzymich rachunkach za prąd. Po pierwszym, własnym rachunku na 100€, czy 200€ grzanie piecykiem już tak nie cieszy.

Pranie zimą

Pranie zimą – to kolejny temat niekończących się narzekań ludzi, którzy dopiero się przeprowadzili do Portugalii. Robiąc pranie w domu wieszasz je  i czekasz aż wyschnie. Kilka dni, tydzień, dwa tygodnie. Po kilku takich próbach wiesz, że najlepszym rozwiązaniem jest zaniesienie jej do miejskiej pralni i za 1.50€ wysuszyć je w 15 min.

 

Moja pierwsza zima minęła. Chociaż ostrzegano mnie, że jest ciężko, było ciężej niż się spodziewałam. Teraz ja pragnę ostrzec, bo w hotelach/hostelach też przeważnie nie ma ogrzewania. Jeśli wybierasz się zimą do Portugalii, to uważaj, bo może być naprawdę zimno. Ale nie musi. W tym roku miałam 2 razy gości zimą (w grudniu i lutym) i w obu przypadkach udało się załapać na trochę pięknej pogody.

A teraz zapominamy o zimie i… witaj wiosno! 🙂

 

3600 kilometrów po marzenia – podróż autem Białystok-Porto

Decyzja podjęta. Przeprowadzamy się do Portugalii. Nie myślałam wcześniej jak to będzie wyglądać. Nie chciałam planować rzeczy nierealnych. A jednak stało się i jedziemy. Czas przygotować auto, spakować się, zaplanować trasę i w drogę. Jest połowa lipca. Mamy miesiąc – 12. sierpnia powinniśmy być w Porto.

Auto. Po długich zastanowieniach zdecydowaliśmy się jechać samochodem. Po 1. nasze auto już raz przebyło tę trasę i poszło gładko. Po 2. samochodem to zawsze większa przygoda, a swoboda jaką daje własny środek transportu kusiła. Po 3. postanowiliśmy, że chcemy zostać w Portugalii minimum rok (z nadzieją na dłużej). Na taki okres czasu ciężko spakować się w jedną walizkę. Nie mieliśmy żadnego mieszkania, ani nawet pomysłu, jak będzie nasze życie wyglądać. Auto trzeba było dokładnie przygotować. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Parę drobnych części do wymiany, kontrola u mechanika i pakujemy. To najgorszy moment. Nie wiedząc na ile jedziemy, trzeba wziąć rzeczy na każda okazję. Napakowani po brzegi ruszyliśmy.

Trasa. Skoro już jedziemy samochodem to chociaż zwiedzimy trochę, więc zdecydowaliśmy się wyjechać 5 dni wcześniej (8. sierpnia) i na spokojnie przemierzyć całą Europę. Zaplanowaliśmy 4 noclegi: w Polsce (Wrocław), w Niemczech (Heidelberg), gdziekolwiek we Francji i w Hiszpanii.

Przejechaliśmy Polskę. Dojechaliśmy do Wrocławia – wielkie podziękowania Bogomeli za bardzo miły nocleg w kamienicy na wrocławskiej wyspie, a Eli za rodzinne śniadanie w ogródku. Długie rozmowy lekko opóźniły nasz wyjazd z Polski, więc już drugiego dnia musieliśmy delikatnie zmodyfikować trasę. Omijając jeden przystanek (Norymbergia) przejechaliśmy Niemcy. W Heidelbergu czekał na nas kolejny przyjemny nocleg u Andrzeja – znajomego kucharza, z którym pracowaliśmy kilka lat temu na kempingu w niemieckiej wiosce. W kolejnym dniu utrzymaliśmy kilkugodzinne opóźnienie, bo nie dało się odmówić (i dobrze, bo dużo byśmy stracili) szybkiej wycieczki po Heidelbergu – naprawdę pięknym mieście.

 [2jgallery 1115]

Dotarliśmy do Francji. Zdecydowaliśmy się omijać autostrady ze względu na cenę (nie wyszło nam to na dobre ;)). Nie chcąc też powtarzać błędów sprzed 2 lat (2 francuskie mandaty po 50 euro przyjechały za nami do Polski za przekroczenie prędkości o 3 i 5 km/h) ograniczyliśmy tempo. Już po ok. 100 km od granicy zgubiliśmy się przez objazd, który prowadził małymi górskimi drogami. Mijaliśmy francuskie wioski, pola, a opóźnienie rosło. Zaczęło się ściemniać, więc głodni zjechaliśmy na parking, gdzie stała budka z jedzeniem. Nigdzie nie ruszamy się bez kuchenki gazowej i kawiarki, a nawet deszcz nam nie przeszkodził, żeby zrobić sobie pyszną kawę. Czy macie coś do jarania… zielonego? Tak brzmiało jedyne polskie zdanie, jakie usłyszeliśmy we Francji. Nie mieliśmy. Zawiedzeni panowie sobie poszli. Około 2 w nocy zmęczeni drogą, zgubienie i już bez pomysłu, gdzie możemy przenocować zatrzymaliśmy się na pierwszym parkingu, zasnęliśmy w samochodzie. Z samego rana dojechaliśmy do Lourdes (ale to już opowieść na inną notkę), a potem przez Pireneje i tunelem Somport (długość ponad 8600 m) przekroczyliśmy granicę.

[2jgallery 1124]

Dojechaliśmy do Hiszpanii. Jak wielka różnica w krajobrazie. Soczysto zielone Pireneje zastąpiły surowe, pustynne góry i okropny upał. Widoki były cudowne. Nawet piękniejsze niż Pireneje. Piaszczyste, dzikie góry, ogromne wiadukty, na których przeraźliwie bujało samochodem. Byłam zachwycona i naprawdę nie spodziewałam się, że ta okolica tak mnie poruszy. Droga była pod górkę i z górki aż do Pampeluny, niedaleko której znaleźliśmy prawdziwie baskijski kemping. Rozstawiliśmy namiot wśród monumentalnych gór i zjedliśmy lokalne przysmaki – tortille oczywiście – ze smakiem. Baskijki klimat, coś zupełnie nowego, ale mega ciekawego dla mnie. Muszę tu wrócić. Następnego, już ostatniego dnia naszej podróży, droga się niesamowicie dłużyła. Ja prawie cały czas spałam, aż dziwne, że Paweł nie usnął za kierownicą. Pustynia. Szczególnie w okolicy Valladolid. Serio, było tak bardzo pusto. Tak właśnie przejechaliśmy Hiszpanię.

 [2jgallery 1122]

Portugalska granica. Już znak Galicja sprawił nam radość – jesteśmy blisko. Niewiele kilometrów dzieli granicę od Porto, ale jadąc górskimi ścieżka zajmuje to ok. 2 h dłużej niż autostradą. Wystarczy tylko wdrapać się na szczyt wzniesienia i  za niecałe 10 euro jedzie się podziwiając piękne krajobrazy. Paweł trochę się denerwował, gdy telepało samochodem zjeżdżając z górki. Mimo to bezpiecznie, ale z lekkim dreszczykiem i pełni niewiadomych dotarliśmy do Maia.

P.S. Zdjęcia są głównie robione przez okno samochodu w trakcie jazdy. A i wciskając 2 stronę znajdziecie więcej zdjęć 😉

Portugalio, wróciłam!

Zapraszam Was do mojego portugalskiego świata. Ci co mnie znają wiedzą,jak bardzo marzyłam o zamieszkaniu na dłużej w Portugalii. Mówiłam o tym od pierwszego dnia, gdy wróciłam z Madery 19 miesięcy temu. Przez ten czas nieustannie szukałam możliwości spełnienia tego małego marzenia.

Dlaczego chciałam wrócić do Portugalii?

Mimo, że nie ma tu najlepszych warunków do życia, czy do pracy, jest mi tu zwyczajnie dobrze. Tak po prostu. Lubię tu być, czuję się tu spokojnie. No i nie ma dla mnie nic przyjemniejszego niż spacer nad oceanem. Właśnie dlatego. Żeby móc jak najcześciej korzystać z tego, co sprawia, że czuję się szczęśliwa.

Przyznam, że na początku tego roku już prawie się poddałam i odpuściłam, ale teraz wiem, że nie warto, bo chociaż zajęło to dłużej niż planowałam to znowu tu jestem. Przeprowadziłam się 12. sierpnia. Przeprowadzka z Polski to dopiero była przygoda, ale o tym będzie można poczytać już niedługo. Z jednej strony jest to dla mnie powrót do kraju, który znam, a z drugiej to zupełnie nowe doświadczenie. Mieszkam na kontynencie, w Porto – wielkiej aglomeracji, a życie tutaj wygląda zupełnie inaczej niż na oddalonej od Europy Maderze, gdzie codzienne spacery po Zona Velha (Starym Mieście) było lekko oderwane od rzeczywistości.

Mieszkam w Maia. Chcesz poznać Maię? Kliknij tu, a dowiesz się więcej o tym nijakim miasteczku. Nie jest może tak, jak sobie wymarzyłam i tak naprawdę nie wiem, ile czasu tu zostanę, ale już wiem, że warto walczyć o swoje marzenia.

Będę o tym pisać i mam nadzieję, że zajrzycie tu od czasu do czasu i z chęcią śledzić będziecie moje nowe życie. Do następnego!

 

Oto Maia, tu chwilowo mieszkam

Przedstawiam Wam Maię. Przypadek sprawił, że Maia stała się moim nowym domem. Maia leży w dystrykcie Porto, a od samego miasta Porto, obecnie hitu turystycznego, dzieli ją tylko 10 kilometrów, 30 minut jazdy metrem. Ja nawet lubię Maię, bo ku mojej wielkiej radości tylko 10 kilometrów od niej znajduje się ocean.

Maia to dziwne miejsce. Z jednej strony to 130-tysięczne miasto-blokowisko, bogata sypialnia Porto, bo w jej granicach znajduje się lotnisko. Z drugiej strony to prawdziwa wioska, w której większość domów ma widok na pole kukurydzy, a w ogródkach wałęsają się owce i prychają stada koni.

W samym centrum Maia stoi jedyny w okolicy, a może nawet w całym Porto, wieżowiec. 92-metrowy budynek wybudowany w 2001 r. jako symbol rozwoju miasta jest 5-tym najwyższym budynkiem w Portugalii. Nazwano go dumnie Torre Lidador (Wieża Lider), a mieszkańcy i tak potocznie mówią na niego Zapalniczka. Kształtem przypomina, zobaczcie sami.

Maia usytuowana jest na delikatnym wzgórzu, co pozwala podziwiać Zapalniczkę ze wszystkich okolicznych wiosek (co też pomaga, gdy się człowiek zgubi wracając do domu :)).

Wracając do miasta. Mieszkańcy Maia nie mają zbyt wiele rozrywek. W pierwszym tygodniu odwiedziłam informację turystyczną, gdzie trochę zakłopotana, sympatyczna Pani tak mi powiedziała.

JA: Co tu można robić w wolnym czasie?

PANI: Hmmm.. można pójść tam do starego domku i jest ładnie, nawet kawiarnia jest i można posiedzieć. Można też iść do parku i tam sobie pochodzić.

Tak więc w Maia można posiedzieć i pochodzić. Tak właściwie to prawda. Posiedzieć w wielu kawiarniach w centrum miasta, a pochodzić i po parku, i po zoo, i nawet po nowej ścieżce ekologicznej (Ecocaminho), która wiedzie dawną trasą kolejową, a jak sama tablica informacyjna instruuje należy na niej relaksować się wśród przyrody i dbać o siebie. Sporo mieszkańców z tego korzysta. I dobrze!

 

Jak się nazywają mieszkańcy Maia? Majowie…

A na dodatek przy centrum miasta znajduje się park, tzw. Jardim das Pirâmides (Ogród Piramid). Co tu więcej mówić. Są Majowie i Piramidy Majów.

W Maia jest tak jakby wszystko, a tak właściwie to nic tu nie ma. Teraz jestem tu ja. Pracuję w samym centrum, w kolejnym dziwnym, ogromnym budynku. Mieści się w nim szpital, sąd i kilka międzynarodowych firm. Mieszkam też w centrum, w pokoju z widokiem na Zapalniczkę (poniżej widok). Czemu mieszkam akurat tu? To długa historia. Zostawię na później.

Camino i ja. Wyobrażenia. Wstęp.

Dlaczego się zdecydowałam?

Wędrówka drogą św. Jakuba (tzw. Camino) marzyła mi się od lat. Właściwie od momentu, gdy pierwszy raz o niej usłyszałam. Zwykły dzień. Studia, lektorat z języka niemieckiego. Każdy musiał zrobić jakąś prezentację. Jedna dziewczyna opowiadała jak w wakacje była ze znajomymi na 3-tygodniowej wędrówce wzdłuż wybrzeży Hiszpanii. Mówiła tak przekonująco. Pokazywała piękne zdjęcia oceanu, mijanych miejsc. W mojej głowie od razu pojawiła się myśl: ale to musi być przygoda! Długa droga, wysiłek, poznawanie ludzi z całego świata i spędzanie czasu mijając nowe miejsca. A co najważniejsze według mnie, czas dla siebie, na refleksję, na odkrycie czegoś. Sama nie wiedziałam czego, ale czułam, że bycie pielgrzymem na Camino to coś więcej niż tylko marsz z plecakiem po górach i nizinach. To był dzień, kiedy podjęłam decyzję, że ja też kiedyś pójdę.

Zaczęłam się przygotowywać. Kupiłam przewodnik, zbierałam informacje. Obejrzałam film, który polecam wszystkim, którzy chcą trochę poczuć klimat Camino „Droga życia” (zwiastun). Ciągle odkładałam marzenia na później. A to nie mam pieniędzy, a to nie mam kondycji. Czas mijał, ja czekałam na odpowiedni moment.

Jakiś czas temu planowałam wakacje z koleżanką, a może Azory, a może Algarve. Aż w końcu wpadłyśmy na pomysł Camino. To nic, że nie mamy czasu (ok. tygodzień), to nic, że nie mamy pieniędzy i nawet to nic, że kwiecień to nie jest dobry moment według wszystkich przewodników, bo ciągle pada. Decyzja podjęta! Idziemy!

Przygotowania

Trasa. Szybko zdecydowałyśmy się, którą drogą pójdziemy – Camino Portugués,  czyli trasę zaczynającą się w Portugalii. Zaplanowałyśmy dojazd do punktu wyjścia i nic więcej. Myślałam sobie: a to tylko kilka dni, ok. 100 km. Co może być trudnego? Niczym nie muszę się martwić. Minął miesiąc. Przyszedł czas pakowania.

Pakowanie. Przeczytałam niejeden artykuł, co należy spakować na Camino, co się przyda,  a czego nie warto brać. A i tak zrobiłam swoje. Jeszcze przed wejściem do samolotu dopakowałam rzeczy, bo uznałam, że plecak 10 kg jest lekki  i mogę sobie pozwolić na pakowanie (jak się potem okazało totalnie bezsensownych) rzeczy.

DSC_0458

Noc przed wyjazdem

Nie mogłam zasnąć. Analizowałam wszystko. Rady ze wszystkich możliwych portali, kilometry, pogodę, swoje możliwości i ten nieszczęsny plecak. Rozpakowywałam i pakowałam go na nowo. Wyjmowałam i dokładałam. Z samego rana było jeszcze gorzej. Zaczęłam wątpić we wszystko. Nawet, czy to w ogóle była dobra decyzja, że tam idę. W tym chaosie myśli zrobiłam coś mądrego – zostawiłam w mieszkaniu koleżanki najcięższe rzeczy – jak się potem z tego cieszyłam!

I wyruszyłyśmy na przygodę, a właściwie na wędrówkę w głąb siebie w otoczeniu galicyjskich krajobrazów.

DSC_0476

W następnych odcinkach znajdziecie: co tak naprawdę warto spakować na Camino, trochę historii całej idei wędrowania do grobu św. Jakuba oraz co się wydarzył na naszym szlaku.

Zajrzyjcie tu jeszcze, zapraszam!

Krwista uczta u rzeźnika – Gaula/Madera

Wizyta u rzeźnika to jedno z moich ciekawszych przeżyć z drugiej wizyty na Maderze. Zaczęło się tak, że ktoś komuś powiedział, że gdzieś tam w wiosce Gaula jest rzeźnik i po prostu trzeba tam pojechać. Jeden był, drugi był, więc ja ze znajomymi też musieliśmy sprawdzić, czemu ten rzeźnik jest taki wyjątkowy.

Jak znaleźć rzeźnika, gdy zna się tylko miejscowość? Na Maderze, bardzo łatwo. Wystarczy chodzić od baru do baru pytając: „gdzie jest rzeźnik?”. A mili panowie zawsze poradzą „o to jeszcze tam dalej, w górę”. Tak oto znaleźliśmy budę/garaż i czekaliśmy pijąc kawę do godz. 12.00, kiedy to słynny pan otwiera tajemnicze miejsce.

 

Po wejściu okazało się, że było warto, a nawet bardzo! Przemiły człowiek zagonił nas do pracy: „ty będziesz kroić chleb, ty weź piwo spod lady, ty idź zrób to i tamto” (i nie przejmował się nawet tym, że nie wszyscy z nas rozumieją po portugalsku), a sam wyjął wieli kawał mięsa i zaczął je przygotowywać. Bo u rzeźnika je się espetadę, czyli tradycyjny rodzaj szaszłyka. Właściciel zaprosił nas do tylnej części garażu, gdzie w wielkim piecu rozpalił ogień, a potem poinstruował jak należy porządnie posolić mięso i jak mamy przypilnować, aby upiekło się właściwie.

Właściwie cała ta wizyta była bardziej pod hasłem „jak zostać prawdziwym maderskim rzeźnikiem”. Douczeni, spróbowaliśmy naszego dania popijając małym piwem. W międzyczasie ta przedziwna buda wypełniła się mieszkańcami wsi, a każdy sam dbał o to, co zje i wypije.

Pan rzeźnik policzył sobie 10 euro, co dzieląc na nas pięcioro daje 2 euro od osoby. Za tę cenę przeżyliśmy super przygodę spędzając w garażu prawie 2 godziny. Także polecam to miejsce, wioska Gaula, wystarczy zapytać w pierwszym lepszym barze o „talho”.

Funchal – miejsca z jedzeniem, za którymi tęsknię

Aż ciężko mi uwierzyć, że dwa lata temu jeszcze nic nie wiedziałam o Maderze, a dziś jest ona w moim sercu cały czas. Prawie każdego dnia przypomina o sobie na różne sposoby i choć chciałam uciec od tych wspomnień dziś sobie myślę, że tęsknię. I dlatego oficjalnie mówię: Madero, jesteś już częścią mojego życia, czy tego chcesz, czy nie.

Co więc innego mi zostało, jak tylko pisać, poznawać i opowiadać. Wiem, że są ludzie, którzy ciągle tu zaglądają i czytają. Potwierdzam więc, że blog powraca do mojego życia, bo ja mam jeszcze dużo do powiedzenia.

A na dziś przygotowałam kilka miejsc w Funchal z kategorii „gdzie coś jeść/pić”, które warto odwiedzić. Miejsca, które znajdują się poza Zoną Velhą, czyli starym miastem, bo na te to trzeba oddzielny wpis.

1. Well.com bar (Rua Dos Murcas 16)

Każdy polski turysta bardzo łatwo tam trafi, bo wystarczy, że przy Katedrze znajdzie pomnik Emperora Piłsudskiego i wejdzie w uliczkę za nim. Znakiem rozpoznawczym są parasolki przed wejściem. Bar prowadzony przez bardzo sympatycznego pana, który szybko rozpoznaje stałych gości, a jego syn robi moim zdaniem najlepszą caipirinhę w mieście. Miejsce urządzone w ciekawy sposób, na ścianach co jakiś czas zmieniają się obrazy lokalnych artystów. Można trafić na koncert lokalnej kapeli. A jak już się wejdzie to w sumie wszystko jest dobre. Nie są to jakieś bardzo lokalne specjały, ale na piwo i frytki zawsze zajść zawsze warto, a hamburgery i tosty też niczego sobie.

DSC_0421

2. Castelo dos Hamburguers Rua Carreira 304

Takie trochę obskurne miejsce i to jeszcze na końcu tak długiej ulicy.  W nagrodę po długiej wędrówce znajdziemy w środku najlepsze (oczywiście moim zdaniem) hamburgery i w dobrej cenie. Wybór jest mały. Trzy rodzaje hamburgerów: normalny, specjalny – normalny z szynką i serem, super – specjalny z jajkiem sadzonym. Do picia: piwo, oranżada lub owocowy koktajl z dużą dawką cukru. Wszystko robione na widoku, panie uwijają się jak mrówki, zgiełk niesamowity, ruch duży, klientów nie brakuje, choć wystrój jest po prostu brzydki. Co ciekawe, lokal polecany przez wielu Maderczyków i na dodatek turyści tam rzadko zaglądają. Nie będę kłamać – ja uwielbiam.

 

DSC_0217

 

3. Restaurante Flor da Praia (51 R. Da Praia)

Mimo nazwy restauracją to raczej nie jest. Znowu kilka takich sobie stolików, bar pełen znudzonych życiem starszych panów. Kolejny raz całą esencją miejsca jest niesamowicie uroczy właściciel – roboczo nazywany Jankiem. Janek nie żałuje jedzenia. Nakłada aż z talerza się wysypuje. Nigdy nie zapomni spytać czy wszystko dobrze, czy smakuje. A odpowiedź na te pytania jest jedna – TAK, NAWET BARDZO. Janka popisowe danie do rybka (espada) + frytki + ryż + sałata z dodatkami. Po cichu można u niego zamówić też ganitę – wino spod lady, robione przez niego i niekoniecznie lubi się tym chwalić. Można je dostać mówiąc: „czy można wino do obiadu? Wiesz, to wino”. I on wie. Z lekkim niepokojem naleje do kubeczka na spróbowanie i powie „lepiej spróbujcie zanim naleje całą szklankę”. A jak spróbujesz i zamówisz więcej to całe towarzystwo z baru przyjdzie popatrzeć jak to możliwe, że turysta, a pije nasze (to) wino i żyje.

 

 

4. A Confeitaria (Av. Do Infante 28, R. da Conceição 49)

Pora na deser, a jak deser poza Zoną Velhą to tylko Confeitaria. Jak dobrze, że są aż dwie, bo do którejś zawsze jest blisko. Na początku chodziliśmy tam co tydzień o tej samej porze celebrować życie w raju i nie mogło obyć się bez Pao de Deus (tłum. chleb Boga). Ciastko, które zasługuje na swoją nazwę. Pyszne, słodkie, kokosowe i rozpływa się w ustach. Z czasem okazało się, że w Confeitarii inne rzeczy też zasługują na uwagę i wcale nie są gorsze. Ciastka, ciasteczka, słodkości, kawy, herbaty, kanapki, tosty i inne kawiarniane przysmaki, które od samego patrzenia sprawiają, że chciałoby się zjeść je wszystkie. Dobrze jest tam zaczynać dzień, co też praktykowałam. Najlepiej więc zajść na śniadanie (np. kanapeczka z sokiem) i przedłużyć je o przedpołudniową kawkę z dobrym ciastkiem. Szczególnie siedząc przy stoliku na Praça do Carmo. To jest naprawdę przyjemność.

DSC_0048-tile

IMAG1325